czwartek, 22 lutego 2018

SREBRNY ŁABĘDŹ, Amo Jones

Srebrny łabędź | Marionetka

Tytuł: Srebrny łabędź
Tytuł oryginalny: The Silver Swan
Autorka: Amo Jones
Cykl: Elite King's Club (tom I)
Liczba stron: 333
Wydawnictwo: Kobiece

Madison nie ma zbyt prostego życia, choć pochodzi z bogatego domu - przez pracę swojego ojca musi ciągle się przenosić i nigdzie nie jest w stanie zagrzać miejsca. 
Kiedy jej matka popełnia samobójstwo, a tata ponownie się żeni, dziewczyna znów musi się przeprowadzić... Lecz tym razem wydaje się, że nareszcie znalazła swoje miejsce, gdzie może zacząć wszystko od nowa.
Do czasu.
Już pierwszego dnia szkoły, Madi wpada w oko przywódcy Elite King's Club - grupie groźnych chłopaków, którzy stali się panami tego miejsca. Dziewczyna jeszcze nie wie, jakie sekrety kryją ci młodzi mężczyźni, ani jaką cenę będzie musiała zapłacić za targającą nią ciekawość oraz zakazane uczucia do jednego z nich.

„Możesz nas nie znać, ale my znamy ciebie. Zagrajmy w grę. Oto, co cię czeka, gdy przegrasz...”


Świetna promocja, bardzo ładne wydanie (szczególnie wnętrze!), opis zwiastujący lekką, niezobowiązującą opowieść na góra dwa wieczory - tak na pierwszy rzut oka prezentuje się „Srebrny łabędź... No właśnie, na pierwszy rzut okaNiestety później jest tylko gorzej. (Mnie wryła już sama dedykacja, a moja reakcja wyglądała mniej więcej tak: Ach, a więc to TAKA książka...)
Dlaczego? Zapraszam do zapoznania się z wpisem. 😉

„(...) chłód pomaga zachować czujność.


   Madison Montgomery to bogata nastolatka, której nie brakuje niczego, chociaż kilka rzeczy z chęcią by zmieniła. Typowa-nietypowa dziewczyna odnajduje przyjemność w chodzeniu na strzelnicę i wyjazdach na biwaki z tatą. Ojciec Madi jednak dużo pracuje i często wyjeżdża w sprawach służbowych... tylko że okazuje się, iż to nie zawsze są spotkania dotyczące pracy, a kochanki mężczyzny. Gdy matka dziewczyny pewnego dnia nakrywa męża na zdradzie, nie wytrzymuje psychicznie - bierze broń córki i oddaje dwa strzały sięgające kochanki i jej samej.
Po tym wydarzeniu, nastolatka jest zmuszona przeprowadzić się w inne miejsce. Wydawałoby się - nowe miejsce to nowy początek, ale nie w tym wypadku, bo już pierwszego dnia nowej szkoły wszyscy wiedzą wszystko o przeszłości uczennicy, a na domiar złego wpada ona w oko liderowi szkolnej elity, zwanej Elite King's Club.
   O Bishopie krążą różne opowieści, ale z pewnością prawdą jest to, że to osoba pozbawiona strachu i jakichkolwiek skrupułów, która bierze to, co chce, nie zostawiając nic w zamian. Młody mężczyzna roztacza wokół siebie aurę tajemniczości i pewnego rodzaju niepokoju, co już przy pierwszym spotkaniu zauważa Madison. Dziewczyna jeszcze nie wie, że pewien zbieg okoliczności sprawi, iż piekielnie przystojny i niepokojący Bishop stanie się dość częstym gościem w jej nowym domu...
To wnętrze jest przepiękne! ♥
   Usiądźcie wygodnie, a ja opowiem Wam o największym przekleństwie tej powieści, jaką są właśnie jej bohaterowie. Bohaterowie tak bezbarwni, nieciekawi i najprościej w świecie infantylni oraz głupi, że mam ochotę po prostu wyrzucić książkę przez okno, gdy tylko sobie o nich przypominam. Raczej nie umiem określić słowami, jak bardzo denerwowało mnie zachowanie głównej bohaterki, która nie potrafiła zdecydować się czy jednak kogoś kocha, czy nienawidzi. Biorąc pod uwagę historię opisaną przez Amo Jones, Madison powinna się bać kilku osób - mowa tutaj oczywiście o całym Elite King's Club, jakżeby inaczej - a w zamian za to zakochuje się w Bishopie, który najwidoczniej ma skłonności sadystyczne. Dziewczyna, choć z początku pokazywała pazury, ostatecznie przepadła w ramionach chłopaka (stając się ciepłą kluchą bez prawa głosu), co w żadnym razie nie powinno być uważane za spoiler, bo to rzecz wiadoma od samego początku. Młody mężczyzna, jak już wspominałam, bierze, co chce - brak mu delikatności czy ogólnej ogłady i, o dziwo, trzyma fason bad boya przez całą powieść... A to szkoda! Wykorzystywanie kobiet dla własnych celów, bycie wrednym, nieokrzesanym bucem może podobać się innym dziewczynom, ale mnie ten bohater doprowadzał do białej gorączki. Jemu, całej szkolnej elicie, Madison i wszystkim innym bohaterom tej książki mówię stanowcze, głośne nie! 

„Biblioteka ma w sobie coś magicznego. Jest niczym portal do wielu różnych światów.


   Amo Jones pisze bardzo, ale to bardzo prosto, wplątując w swoją powieść ogrom słowa kicia w odniesieniu do Madison (nudne po 5-tym użyciu, irytujące po 10-tym, do wyrzucenia książki w siną dal po 15-tym, a to przecież nie koniec), ogrom wulgaryzmów i ogólnej bezwstydności oraz absurdów fabularnych... Jednak, koniec końców, dość przyjemnie i błyskawicznie mi się tę książkę czytało ze względu na niezobowiązującą historię „romantyczną” zakrawającą trochę na thriller, trochę na sensację i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nie wniosła ona nic a nic do mojego życia, no, może oprócz przestrogi tego, jak mam się nie zachowywać. Nigdy. Przenigdy. (W tym miejscu muszę się przyznać do tego, że jakoś po 50 stronach tej książki doszłam do wniosku, że nie potrafię jej traktować zbyt serio i wmówiłam sobie, że czytam wattpadowego fanfika. 😂 Och, jak bardzo ułatwiło mi to odbiór tego utworu literackiego!)
😍
   Najbardziej rzucającym się w oczy aspektem tej powieści w moim odczuciu były relacje między bohaterami - ich przebieg i tempo. Popatrzmy na to: dziewczyna jest pierwszy raz w nowej szkole, spotyka się z jakąś uczennicą, wymieniają kilka słów i hop - na drugi dzień już są przyjaciółkami. Nie znajomymi, koleżankami, ale przyjaciółkami! Znowu nie wiem jak Wy, może jestem staroświecka czy coś, ale uważam, że przyjaźń nie bierze się z powietrza, ale z dłuższego czasu poznawania drugiej osoby, budowania zaufania etc. Bardzo podobały mi się - tak, to sarkazm - również relacje Nate-Madison oraz Bishop-Madison, które zakrawały na, bo ja wiem, trochę molestowanie seksualne, trochę zastraszanie, trochę... Ech.
   „Srebrny łabędź” nie jest samymi minusami, nie martwcie się! W fabułę wplątano bardzo ciekawy wątek opowiadający legendę Elite King's Club - nie, nie szkolnego gangu, ale grupy mężczyzn, po których bohaterowie przyjęli nazwę. Podobało mi się stopniowe odkrywanie tej historii, bo przyciągała ona czytelnika do jej dalszego poznawania. Samo zakończenie książki było związane z tą opowieścią, dzięki czemu i ono u mnie zapunktowało, ratując ogólną ocenę książki.

„- Dlaczego jest tyle sekretów? (...)

- Na tym świecie sekrety to broń, kiciu. One właśnie dzielą nas od sześciu stóp pod ziemią.

   A więc podsumujmy to całe moje masło maślane. „Srebrny łabędź to książką, którą oczywiście można przeczytać, jednak zachowując dystans i nie spodziewając się po niej nie wiadomo jakiej perły. Dość marnie wykreowane postacie, fabuła, podczas śledzenia której często nie wiadomo co się w ogóle dzieje, a i pióro autorki niezbyt satysfakcjonuje. Niemniej wiem, że sporej części czytelników ta powieść się spodobała - szanuję to, jednak ja nie widzę w niej niczego specjalnego.
   Jeśli masz wolny wieczór, przeczytaj. Jeśli jesteś chociaż trochę podobny do mnie, Czytelniku, to z pewnością docenisz lekkimi uśmiechami pod nosem czy nawet gromkim śmiechem absurdalność tej pozycji.

~Wilcza Dama

Za możliwość poznania tej powieści serdecznie dziękuję

PS. Mam zamiar sięgnąć po II część tej książki, bo liczę na to, że znajdę w niej w  końcu to coś. 😉

niedziela, 4 lutego 2018

OŚWIADCZYNY, Tasmina Perry

Tytuł: Oświadczyny
Tytuł oryginalny: The Proposal
Autorka: Tasmina Perry
Liczba stron: 430
Wydawnictwo: Kobiece

Amy ma duszę niepoprawnej romantyczki, której życie wciąż rzuca pod nogi wielki kłody. Młoda tancerka w jeden dzień doświadcza nadziei na oświadczyny ze strony swojego chłopaka“z wyższych sfer”, rozczarowania, gdy okazuje się, że nic z tego i smutku, gdy się rozstają. W ten sam wieczór kobieta znajduje w gazecie ogłoszenie starszej pani, poszukującej towarzyszki do podróży do Nowego Jorku. Amy, kierowana poczuciem tęsknoty za rodziną mieszkająca w tym mieście oraz ciekawością tego, co przyniesie los, postanawia się zgłosić, przez co jej droga krzyżuje się z drogą pewnej ekscentrycznej damy.
Georgia, z którą Amy wyrusza do Nowego Jorku, okazuje się niezwykłą osobą - tak pod względem osobowości jak i przeszłości, którą skrywa. Po jakimś czasie, kobieta odkrywa przed towarzyszką historię swojej młodości. Historię wielkiej, ale i tragicznej miłości, przez lata pielęgnowanej w jej sercu...

„Powinnaś się otworzyć i zakochać, nawet gdyby miało ci to złamać serce. Warto się odważyć, byle czuć, że się żyje, kochać i być wiernym sobie.”

Zima, zima, zima... Gdzież ta zima? Wokół czuć tylko wiosnę - słońce świeci, ptaki spokojnie śpiewają, a trawa się zieleni. Tylko co z tego, skoro dziś opowiem Wam co nieco o książce, której szata graficzna ukazuje najpiękniejsze oblicze śnieżnej pory roku? Dwójka ludzi trzymająca się za ręce wśród zamieci - no, czy to nie piękny widok? Moim zdaniem - jak najbardziej. Jednak nie tylko okładka jest rzeczą godną uwagi, ale również, i tak naprawdę przede wszystkim, treść tej świetnej, trzymającej za serducho powieści, jaką stworzyła dla nas Tasmina Perry. ♥

„Wierz w swoje upodobania. Odważnie pokazuj siebie i swoje opinie. Nie ma znaczenia, czy wyczuwasz wiśnie, czekoladę czy kredę, dopóki wierzysz w to, co mówisz, i szanujesz przekonania innych ludzi.”

   Amy nie ma prostego życia, ponieważ wybrała w nim ścieżkę marzeń. Jako początkująca tancerka, trudno było jej się wybić w rodzinnym Nowym Jorku, więc wyjechała w świat... A tam życie okazało się jeszcze trudniejsze. Małe mieszkanie, słabo płatna praca w restauracji, ciągłe przesłuchania nie dające pozytywnych rezultatów, a między tym również kontuzja, dobijały młodą kobietę. Jedynym światełkiem w ciemnym tunelu był jej chłopak, Daniel, na którego oświadczyny z wielką niecierpliwością i radością czekała. Tylko że i z tego nic nie wyszło, a nawet gorzej - ich znajomość zakończyła się rozstaniem na jednym z przyjęć organizowanych przez bogatą rodzinę mężczyzny. Po całym zdarzeniu, zraniona Amy postanowiła zostać na noc u przyjaciółki, gdzie znalazła pewne czasopismo, a w nim ogłoszenie - kobiety szukającej towarzyszki podróży do Nowego Jorku. Po chwili wahania, Amy postanawia odpisać na ogłoszenie, przez co ląduje w samolocie z pewną starszą damą.
   Georgia to osoba, której życie nie oszczędzało. Od lat młodości doświadczyła straty ojca, domu, a także i czegoś więcej, co przez cały czas kryła głęboko w sercu. Dobrze wychowana i bogata, ale samotna kobieta postanowiła wybrać się do Nowego Jorku, jednak nie sama, przez co poznała i zaprzyjaźniła się z Amy. To właśnie przed nią, z początku dość niechętnie, otworzyła serce i opowiedziała historię własnej młodości oraz pierwszej wielkiej miłości.
   Niesamowicie zżyłam się z obiema bohaterkami. Kobiet wykreowanych tak realnie, delikatnych i wrażliwych, które równocześnie są bardzo silne oraz pewne tego, czego chcą w życiu, nie spotkałam na kartach książek już dłuższy czas, przez co jestem nimi szczerze zachwycona. Hart ducha, jaki sobą reprezentowały, klasa, szyk, ale też głęboko skrywany ból czy brak obycia w większym towarzyskie oraz wzajemna pomoc, jaką sobie okazywały - z wielką radością i ciekawością śledzi się losy postaci z takimi cechami i ludzkimi niedoskonałościami.


„I to właśnie jest w życiu tak przerażające i cudowne. (...) Tak szybko potrafi się odmienić.”


   Co mogę powiedzieć o samej fabule? Otóż pomysł i jego wykonanie bardzo mi się spodobały, bo dostajemy tutaj historię życia dwóch kobiet w różnym wieku, żyjących na innych szczeblach sfer społecznych, które łączy jednak chęć życia w taki sposób, jak one same tego chcą, a nie tak, jak jest im to podyktowane z góry.
   Cała książka pisana jest w narracji trzecioosobowej, co w żaden sposób mi nie doskwierało, choć jak wiadomo, jestem zwolenniczką formy pierwszoosobowej. Powieść została podzielona na dwie części - wydarzenia dziejące się w roku 2012 oraz 1958, przeplatające się ze sobą. Rok 2012 to czas, gdy Amy i Georgia spotykają się ze sobą (występują tutaj rozdziały z perspektywy obu bohaterek), a rozdziały z datą ponad 50 lat wsteczną to opowieści o młodości Georgii. Ogólnie rzecz biorąc - historia ta raczej niczym nie zaskakuje, ale mimo to jest naprawdę pięknie napisanym romansem, któremu nie brak chwil wstrzymywania oddechu czy wzruszeń.
   Tasmina Perry zadebiutowała w Polsce w kwietniu zeszłego roku powieścią „Pocałunek na pożegnanie”, o której istnieniu nie miałam pojęcia i z czego w sumie się cieszę, ponieważ teraz z radością będę mogła nadrobić tę pozycję. Autorka „Oświadczyn” ma wspaniałe pióro, któremu niczego nie brakuje - lekkie, a równocześnie przyjemne i nie sprawiające wrażenia przesadnie oszczędnego. Pani Perry pisze z polotem, przez co książki nie ma się serca odłożyć aż do ostatniej strony - ja sama przecież przepadłam na jedną noc, a miałam przeczytać góra 50 stron! 😉


„Dom jest tam, gdzie serce.”

„Oświadczyny” to książka po brzegi wypełniona emocjami - od pełni szczęścia, poprzez niepewność, żal, aż do rozpaczy. Powieść ta ukazuje nam obraz silnych kobiet, które z całych sił parły do przodu, ku swoim marzeniom, po drodze potykając się o liczne przeszkody, jednak nie tracąc swojej werwy i hartu ducha. Historia została napisana w taki sposób, że nie ma szans oderwać się od niej wcześniej, niż po doczytaniu ostatniej strony... A więc szykujcie wolny wieczór, koc, herbatę i zapas chusteczek - przy tej lekturze na pewno się Wam one przydadzą!


~ Wilcza Dama


Za możliwość poznania tej książki gorąco dziękuję


niedziela, 21 stycznia 2018

PRZEBUDZENIE OLIVII, Elizabeth O'Roark

Tytuł: Przebudzenie Olivii
Tytuł oryginalny: Waking Olivia
Autorka: Elizabeth O'Roark
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Kobiece

W życiu Willa Langstroma nic nie idzie po jego myśli. Mężczyzna musi porzucić to, co kocha, i przejąć zadłużone ranczo po zmarłym ojcu. Ponadto zatrudnia się jako trener, trzymający pieczę nad żeńską drużyną lekkoatletyczną... do której, na domiar złego, dołącza nowa uczennica o dość kiepskiej reputacji i duchu buntowniczki.
Olivia Finnegan boryka się z traumatyczną przeszłością, która ciągle nie daje jej spokoju. Dziewczyna musi sama radzić sobie w świecie, gdzie trudno komukolwiek zaufać. Jej tarczą staje się zgryźliwość, wredota i siła fizyczna... Aż do czasu, gdy nowy trener coraz to bardziej dociekle próbuje rozgryźć, co jej dolega.
Bezczelność tańcząca ze strachem, przeszłość pukająca w okno siły, miłość całująca niepewność.
Jak pokonać wczoraj, przeżyć dzisiaj i walczyć o jutro, gdy wciąż coś idzie nie tak?

„(...) pewne rzeczy na świecie są zbyt potężne, zbyt wielkie, żeby móc się przed nimi obronić.”

Uwielbiam fantastykę, kryminały, młodzieżówki, etc., ale to jednak po romanse ostatnimi czasy sięgam najczęściej. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dlaczego o tym wspominam? Też nie wiem, choć zawsze mogę się bronić tym, że dzięki rozległej - ależ oczyyywiście - wiedzy o tego typu literaturze, mogę być bardziej wybredna i uciążliwa... Chociaż to tłumaczenie nie ma sensu, bo dzisiaj mowa o książce, której wytknę tylko troszkę niedoskonałości, bo tak ogólnie, to jest naprawdę okej.
A więc sprawdźmy, o co chodzi z tym całym „Przebudzeniem Olivii, które wcale nie było erotykiem jakiego spodziewałam się po okładce czy opisie. 🙈

„Miłość polega na tym, żeby robić to, co dla drugiego najlepsze.”

   Olivia jest samotną nastolatką, poniekąd, z wyboru - stroni od ludzi jak wilk od ognia, ponieważ nie potrafi im zaufać. Sama skrywa tajemnice, przebłyski przeszłości, które w negatywny sposób odbijają się na jej teraźniejszości. Jako młoda lekkoatletka musi dbać o swoją kondycję oraz zdrowie tak fizyczne, jak i psychiczne... Tylko jak ma to robić, gdy nazbyt często wracają koszmary, a nie jest w stanie powiedzieć o tym nikomu? Pod maską twardej, buntowniczej i niepokornej kobiety musi odnaleźć sobie miejsce w nowej szkole, no i, co ważniejsze, drużynie sportowej ze znienawidzonym przez nią od samego początku Willem Langstromem na czele.
   Will to mężczyzna, na którego barki spadło zbyt wiele, zbyt szybko i przez zbyt duże poczucie winy. Porzucając to, co kocha, musi zająć się rodzinnym ranczem oraz długami nagromadzonymi przez lata. Zatrudniając się w miejscowej szkole jeszcze nie wiedział, że będzie mu dane pracować z piękną i zdolną, ale niezwykle niewdzięczną i pyskatą Olivią, stającą się jego górą lodową pośród tysiąca innych problemów... Jednak po jakimś czasie coś się zmienia. Will zauważa w dziewczynie coś innego, jakieś okruchy delikatności i łagodności, przez co jest gotów skrawek po skrawku poznawać jej dziką, tajemniczą naturę i duszę otoczoną cieniami.
   W tym miejscu przyznaję się bez bicia - z początku w ogóle nie polubiłam głównych bohaterów. Olivia wydawała się okropnie infantylna, jakby była pępkiem świata, który nie musi słuchać nikogo ani zwracać na nic uwagi - liczy się ona i tylko ona. Nawiązywanie koleżeńskich relacji - dajcie spokój, ona ma być samotną wyspą i tyle. A szacunek do starszego od siebie trenera - że co takiego? Nie ma szans. Will wcale nie był lepszy, bo już od samego początku skreślił dziewczynę z listy swoich uczennic twierdząc w duchu, że będzie mu ona sprawiała zbyt dużo zmartwień, że jest zbyt niereformowalna jak na jego możliwości - ha, dobre sobie! Na treningach zaś wyciskał z niej siódme poty, aby, no nie wiem, pokazać jej, iż wcale nie jest taka dobra jak jej się wydaje? Pewnie to było coś w tym stylu... Nie kupuję takich postaci. Nie, totalnie nie. Dlatego jestem szczerze wdzięczna autorce za zmianę kierunku tej okropnej relacji i stylu bycia obojga bohaterów. 
   Z czasem, postacie pierwszoplanowe jakby trochę się otrząsnęły, poszły po rozum do głowy i stały się nie dość, że znośne, to i do polubienia. Olivia, jakby pod czujnym wzrokiem Willa, zaczęła zrzucać swoją tarczę i, z początku bardzo niechętnie, ukazywać swoje inne oblicze. Mężczyzna przez cały czas bacznie obserwował nastolatkę, dlatego nie umknęły mu jej chwile słabości, przez które był w stanie wyciągnąć z niej coś więcej, jakieś strzępki informacji o niej samej... Aż w końcu oboje zaufali sobie na tyle, aby rozmawiać o tym, jak w ich życiu jest naprawdę. Muszę przyznać, iż te wersje bohaterów przykuły moją uwagę o wiele bardziej, niż te wcześniejsze - zamiast przerzucać kartki znudzona, ziewając co chwilę, zaczęłam bacznie śledzić ich losy, bo stały się one po prostu bardziej emocjonalne i uczuciowe, co jak najbardziej wyszło książce na wielki plus.

„(...) czasami lepiej się przyznać do pewnych rzeczy, niż udawać, że nie istnieją.

   O samej fabule nie mogę opowiedzieć Wam zbyt dużo, bo to już pewnie będą spoilery, a zaspoilerować komuś książkę, to grzech najcięższy. Cóż, odniosę się więc może do tego, co już mamy. A więc - trochę mniejsza, ale nadal - klasyka gatunku: buntownicza nastolatka przeprowadza się do nowego miejsca, gdzie z założenia nienawidzi nikogo, a w szczególności swojego niesamowicie przystojnego trenera... I vice versa. Tylko że dziewczyna nie jest naprawdę taka, za jaką się podaje, co mężczyzna zaczyna powoli dostrzegać. Próbując rozgryźć swoją młodą, piękną podopieczną zaczyna czuć coś, czego czuć nie powinien, przez co w ich relacji zaczynają się schody. Brzmi dość schematycznie, choć to tylko pozory, bo ta powieść kryje w sobie o wiele, wiele więcej, niż można się po niej spodziewać. Miłostki, owszem, są, ale w tak świetnej formie, przede wszystkim niezbyt nachalnej, że nie mam się pod tym kątem o co przyczepić. Pierwszymi skrzypcami tej powieści jest walka z przeszłością, z demonami, które w żaden sposób nie chcą odejść. To historia o tym, że nie ważne jakby się chciało, nie zdoła się przeżyć swojego życia w samotności, szczególnie, gdy to właśnie przeszłość trzyma Cię za nogę i nie daje zrobić kroku na przód, ku przyszłości, a Twoją jedyną deską ratunku jest drugi człowiek. Z ręką na sercu przyznaję się Wam do tego, że sięgnęłam po tę książkę tylko po to, aby na chwilę oderwać się od szarej, uczniowskiej rzeczywistości... Tylko że jak już usiadłam z tą powieścią na fotelu, to wstałam dopiero po przeczytaniu 432 stron - tak niesamowicie pochłonęła mnie ta historia.
   Styl pisania Elizabeth O'Roark jest prosty, dość lekki... ale też trochę irytujący. Nie wiem, czy to wina samej autorki czy tłumacza, ale niektóre z wyzwisk Olivii kierowanych do Willa było po prostu, eeh, słabe i na poziomie przedszkola - właśnie przez to z początku odrzucała mnie ta książka. Trochę później było z denka lepiej, ale to nadal nie jest to, co chciałabym czytać na dłuższą metę, bo o ile sam pomysł na fabułę wydawał mi się genialny - pomimo dość oczywistego punktu kulminacyjnego i finału - tak pióro spaprało cały efekt wow.

„Wobec zagrożenia ludzie albo się kryją, albo atakują.

Pora kończyć ten wpis, bo wyszedł o wiele dłuższy niż się spodziewałam. A więc słowem podsumowania: „Przebudzenie Oliviinie jest z pewnością najlepszym romansem jaki kiedykolwiek przeczytałam ani nie będę o nim pamiętać latami, jednak w jakiś sposób mnie poruszył. Pimimo swoich wad w wykonaniu, bardzo dobry pomysł na fabułę, gdzie przeszłość nie chce dać o sobie zapomnieć, a przyszłość nie maluje się w zbyt jasnych kolorach, nadrabia tę niedogodność.


~Wilcza Dama

Za możliwość przeczytania powieści serdecznie dziękuję


niedziela, 14 stycznia 2018

LISTY DO UTRACONEJ, Brigid Kemmerer

Tytuł: Listy do utraconej
Tytuł oryginalny: Letters to the Lost
Autorka: Brigid Kemmerer
Liczba stron: 415
Wydawnictwo: YA!

Juliet jest nastolatką, której mama zginęła w wypadku. Od tego czasu dziewczyna bardzo często przychodzi na grób rodzicielki i pisze do niej osobiste listy, w których zawiera cały swój smutek oraz żal po jej odejściu. Koperty z wiadomościami zostawia przy jej grobie, i choć za każdym razem zostają one wyrzucane/porywane przez wiatr/ niszczone przez pogodę, to nie zniechęca się do ich dalszego pisania... Aż do czasu, gdy ktoś odczytuje jeden z nich i dopisuje do niego własną odpowiedź.
     Declan nie ma prostego życia, bo od dłuższego czasu jest uważany za „typa spod ciemnej gwiazdy” - został postrachem wśród uczniów i nauczycieli oraz kimś niewartym zaufania w oczach ojczyma. 
Przez pewne zajście, nastolatek zostaje zmuszony do pracy na cmentarzu na cele społeczne. Właśnie tam odnajduje list. Zaintrygowany czyta go i postanawia odpowiedzieć.
Czy myśli układające się w słowa listów i wiadomości odpowiadają rzeczywistości? Czy para nastolatków, tak bardzo różna od siebie, będzie potrafiła znaleźć wspólną nić porozumienia? Czy dwójka nieznajomych będzie potrafiła otworzyć przed sobą serca?

„Sam możesz wytyczyć swoją ścieżkę.”

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć, że ten wpis, to poniekąd też pieśń pochwalna nad powieścią, która szczerze złapała mnie za serce. Jestem zachwycona tą książką, i to do tego młodzieżówą, jak mało którą inną od naprawdę długiego czasu (stoi na podium razem z Goodbye Days, a wiecie, że naprawdę uwielbiam tę historię). ♥

„(...) w słowach jest zawarta część duszy autora.”

   Juliet została wychowana w rodzinie, gdzie, można by powiedzieć, brakowało matki. Dziewczyna zwykle zostawała sama z kochającym ojcem, podczas gdy jej mama, światowej sławy fotografka, podróżowała w najdalsze, najniebezpieczniejsze zakątki świata. Nastolatka, podążając śladami swojej rodzicielki-idolki również pokochała fotografię... którą jednak po jej śmierci porzuciła. Zagubiona i załamana, choć mająca wsparcie w ojcu i najlepszej przyjaciółce - Rowan, często spędzała swój wolny czas przy grobie matki, próbując na powrót odnaleźć jakiś sens w swoim życiu.
   Declan to podręcznikowy przykład buntownika, złego chłopca, na widok którego wszyscy, oprócz jego zakapturzonego przyjaciela Reva, drżą... ale to nie tak, że od zawsze tak było. Trudne dzieciństwo, jeszcze trudniejszy okres dorastania doprowadziły chłopaka na skraj emocjonalnego klifu. Jednak nie udało mu się z niego skoczyć, choć w dość radykalny sposób próbował, przez co wylądował na cmentarzu. Odrabiając swojego godziny prac społecznych. Znienawidzone godziny... Do czasu, gdy znajduje list. Czyta go, postanawia dopisać do niego swoje trzy grosze, i w taki właśnie sposób rozpoczyna niesamowitą wymianę korespondencji - tylko on i nieznajoma. Mrok i Cmentarna Dziewczyna, ich sekrety, głęboko skrywane cierpienie, obawy i przemyślenia, które  nareszcie wychodzą na światło dzienne.
   Ojej. Dawno nie spotkałam tak barwnych, ciekawych i przede wszystkim życiowych głównych bohaterów - nie denerwują, nie zachowują się jak pępki świata albo typowa szara masa, ale po prostu są. Bardzo, ale to bardzo ich polubiłam! Mają swoje problemy, jak to ludzie i tym bardziej jak to nastolatki. Próbują radzić sobie z ogromem walących się na nich z każdej strony emocji i budują mury, chowają się pod pancerzem buntu czy spokoju, w zależności od osoby, przez co prawdziwa osobowość chowa się głęboko, głęboko wgłąb ich samych. Niesamowicie obserwuje się życie takich ludzi: trzyma się kciuki, aby jednak wszystko poszło dobrze, żeby powrócili do swojej prawdziwej osobowości, bo bycie sobą w każdej sytuacji jest skarbem, o którym sporo osób zapomina.


„Jeden dzień to jeszcze nie całe życie (...). Dzień to tylko dzień.”

   Brigid Kemmerer stworzyła wspaniałą książkę z gatunku young adult, gdzie to nie miłość gra pierwsze skrzypce, jak w większości przypadków, ale emocje. Uczucia towarzyszące bohaterom, ich przemyślenia na temat wielu spraw, mniej i bardziej poważnych oraz to, jak zmienili się po tym, gdy się przed sobą otworzyli - o to właśnie chodzi w tej powieści. O czucie.
   „Listy do utraconej” ukazują nam również obraz tego, jak wielką zgubą potrafią być pozory. Jak jeden moment, jedna chwila, jedna fotografia, potrafi wgryźć się w życie człowieka i pozostawić na nim stały ślad, piętno, przez które później inni na niego patrzą. Zwykle jest to jakieś wydarzenie, gdzie dana osoba pokazuje swoją ciemną stronę, a inni, nie zważając na jej okres przed, po prostu ją przekreślają. I to właśnie jest błąd, bo niby jak na powrót zaufać społeczeństwu przepełnionemu uprzedzeniami oraz brakiem szacunku? Jak otworzyć się przed kimś, kto otwarcie tobą gardzi? Spytajmy Declana, który był skazany na taki los. Z pewnością odpowiedziałby, że najłatwiej założyć skorupę chłodu i udawać, że nie czuje się nic. Jednak to nie jest żadne wyjście, a autorka z wielką gracją i stylem ukazuje nam to w tej oto historii.
   Wspomniałam już, że Brigid Kemmerer świetnie pisze? Jej pióro jest proste i lekkie, lecz akurat to nie jest nic dziwnego biorąc pod uwagę, że mówimy o książce młodzieżowej. Autorka nie skupia się na długich opisach, które zamęczyłyby nawet Elizę Orzeszkową, ale wyklucza je do minimum po to, żeby skupić się na płynnej, bardzo dobrze zaopatrzonej we wzloty i upadki fabule, która wprost nie pozwala oderwać się od lektury. Sama miałam przeczytać, powiedzmy, 200 stron, bo było już dość późno... a skończyło się na tym, że książkę zaczęłam i skończyłam na jednym oddechu, nie zwracając uwagi, że już zaczęło świtać, a ostatnio naprawdę rzadko mi się to zdarza. Ponadto, w powieści możemy znaleźć trochę filozofii z perspektywy nastolatka, przedstawionej w tak codzienny, ale równocześnie niecodzienny sposób, że można by o niej czytać i czytać godzinami.


„Zawsze jest jeszcze jutro.”

Mogłabym pisać o „Listach do utraconeji pisać, ale po co? Przecież z łatwością przychodzi mi podsumowanie całego wywodu w 3 krótkich zdaniach: 1) jest to niesamowita powieść o stracie, grze pozorów oraz samotności, której przerwanie okazuje się wybawieniem dla dwóch zagubionych dusz, 2) cudownie napisana, przekazująca wiele ważnych wartości czytelnikowi, niezależnie od wieku czy płci, 3) godna uwagi, godna polecenia, godna zapamiętania.

~Wilcza Dama

Za podzielenie się ze mną egzemplarzem książki gorąco dziękuję


środa, 10 stycznia 2018

[przedpremierowo] CIENIE, Wojciech Chmielarz

Podpalacz | Farma lalek | Przejęcie | Osiedle marzeń | Cienie


Tytuł: Cienie
Tytuł oryginalny: Cienie
Cykl: Jakub Mortka (tom 5)
Liczba stron: 478
Wydawnictwo: Marginesy
Premiera: 17 stycznia

W Milanówku giną dwie kobiety - żona i córka słynnego gangstera, Wilka, który został zamordowany sześć lat wcześniej. Co ciekawe, ofiary zginęły od strzałów zadanych bronią podkomisarza Kochana, który w niewyjaśniony sposób znika... żeby później skontaktować się z komisarzem Jakubem Mortką, prosząc go o pomoc w udowodnieniu swojej niewinności.
W tym samym czasie, aspirantka Sucha stara się na własną rękę rozwiązać sprawę nagrania z ukrytej kamery. Widać na nim, jak kilku mężczyzn gwałci młodego chłopaka. Kobiecie udaje się rozpoznać większość z nich, jednak problem tkwi w tym, że ma ona zbyt mało dowodów, aby postawić ich przed sądem tak, żeby nie byli w stanie uniknąć kary za swój czyn.
Mortka i Sucha decydują się na wzajemną współpracę.
Czy ich sprawy są ze sobą powiązane?
Jaką cenę będą musieli zapłacić za rozdrapywanie starych ran i próby odkopania na powierzchnię przewinień wysoko postawionych władz?

„(...) w życiu nie ma łatwych rozwiązań.”


Jedni wiedzą, drudzy nie, ale uwielbiam kryminały... i polskich autorów też, więc gdy tylko Wydawnictwo Marginesy napisało do mnie z propozycją napisania opinii o książce „Cienie”, powiedziałam stanowcze „TAK!”.
A więc jestem, tu i teraz. Opowiem Wam o pierwszym spotkaniu z twórczością Wojciecha Chmielarza (którego możecie znaleźć na facebooku klikając tutaj), no i oczywiście o samej historii z komisarzem Jakubem Mortką na czele. 😉
(warto również zaznaczyć, że zaczęłam czytać serię od 5 tomu, więc pomimo wszystko mogę trochę kręcić noskiem)


„Coś się stało, ale człowiek zdążył o tym zapomnieć . Wmówić sobie, że tamto już minęło, że już nie wróci. Można to zamknąć w sobie, schować głęboko wśród innych wspomnień i spróbować zapomnieć. A potem pojawia się on, posłaniec złych wieści, upiór burzący z takim trudem budowany spokój.

   Mortka to naprawdę porządny bohater, z którym można się i pobić, i napić. Dość spokojny i opanowany, gdy wypada, ale nieprzewidywalny, pewny siebie i władczy, kiedy sytuacja tego wymaga. Wielbiciel zepsutej automatowej kawy - czyli takiej z dużą ilością cukru - potrafi zaskoczyć. Jego lekka nieporadność na tle związku(ów) potrafi rozbawić, a relacje z kolegami z pracy - wprowadzić w stan zmieszania oraz zastanowienia, jak to między nimi jest tak na serio.
   Sucha jest uparta i po trupach mknie do celu, ale ma odwagę poprosić o pomoc i to właśnie w niej lubię - nie jest ciepłymi kluchami, których się w literaturze tak bardzo nienawidzi, lecz silną, a nawet bardzo silną kobietą z wadami (zero poszanowania dla książki, i to fantastyki!). Chociaż jest postacią pełną sprzeczności, „psychopatką” niezbyt dobrze radzącą sobie z ludzkimi emocjami, to moją sympatię zyskała, a to nie lada wyczyn.
   W książce występuje również kilka innych postaci, których oczami śledzimy całą historię - są one równie ważne, co i opisana wyżej dwójka, jednak gdybym miała wymieniać wszystkich, to cały wpis byłby tylko o bohaterach. Wspomnieć należy jedynie, że każdy z nich miał inne, wyróżniające go cechy, dzięki czemu wydawali się oni wszyscy bardziej barwi i rzeczywiści, co nadawało lekturze smaczku i pikanterii ludzkiego zła.


„Kiedy bierzesz do ręki grzechotnika, to choćbyś robił to po raz setny, powinieneś się odrobinę bać. Jeśli jesteś zbyt pewny siebie, skurwiel na pewno cię ukąsi.

   Historia opowiedziana w „Cieniachkupiła mnie kompletnie. Świetny pomysł na fabułę, a i wykonanie w żadnym razie nie zawiodło. Od samego początku zostałam wciągnięta do tej niesamowitej kryminalnej Warszawy, gdzie wszystko rządzi się swoimi prawami. Bardzo dobrze utrzymane tempo akcji, która na końcu serwuje nam totalne zaskoczenie, urwanie głowy, po których trzeba zbierać szczękę z podłogi - jestem na TAK!
   Jedynym małym zgrzytem w książce okazał się ogrom bohaterów. Historię poznajemy z perspektywy co najmniej sześciu osób, co może być dość trudne do ogarnięcia, przynajmniej na początku. Możliwe jest, że osoby zaznajomione z wcześniejszymi częściami serii o komisarzu Mortce będą w stanie lepiej się w tym wszystkim odnaleźć, nie jestem pewna, w każdym razie ja czułam się co chwilę mylona tym, z kogo perspektywy tym razem poznajemy daną historię (pomimo ogólnej trzecioosobowej narracji).
   Wojciech Chmielarz pisze dość mało dialogów, ale w żadnym razie nie uwłacza to jego powieści. Styl tego pisarza jest bardzo dobrze skonstruowany, nie należy do najłatwiejszych, ale świadczy też o wiedzy autora na temat tego, o czym właściwie pisze - to się ceni jak nic. Właśnie pióro pana Chmielarza sprawiło, że ta książka była tak wciągająca.

„(...) czasami warto wyświadczyć komuś przysługę po to, by w odpowiednim momencie ją odebrać.

A więc w kilku słowach podsumowania: jestem niesamowicie zadowolona z lektury „Cieni”, które nie dość, że wciągnęły mnie w swój świat z wielką mocą, to i zachęciły do poznania wcześniejszych powieści Wojciecha Chmielarza (co mam nadzieję zrobić jak najszybciej, i zacząć oczywiście od wcześniejszych części serii z komisarzem Mortką). Idealnie wyważona akcja, fabuła na medal i świetne, barwne oraz trójwymiarowe postaci to to, co chcę spotykać w każdej czytanej przez siebie książce z motywem kryminalnym.

~Wilcza Dama

Za możliwość przedpremierowej lektury książki serdecznie dziękuję


poniedziałek, 1 stycznia 2018

PODSUMOWANIE ROKU 2017 (czytelniczo-życiowe)

A więc nadszedł.
Rok 2018 z kopyta wcisnął się w moje życie, ale szczerze mówiąc, to myślami nadal jestem - i pewnie będę jeszcze przez jakiś czas - przy 2017.
Boję się.
Za dwa tygodnie piszę próbne testy gimnazjalne, za cztery miesiące - oficjalne egzaminy. Mam naprawdę mało czasu, aby złożyć podania do szkół, których profile mnie interesują, szczególnie, że tak naprawdę to sama nie wiem, co chcę w życiu robić, jaką ścieżką pójść. A czasu z dnia na dzień jest coraz mniej.
Dlatego się boję - swojego lenistwa, złego wyboru, ogólnej człowieczej bezradności, tego, że wszystko może pójść nie tak, bo los z ogółu przywykł rzucać mi kłody pod nogi... Ale cóż.
Walczę jak mogę; dumnie wyprostowana brnę do przodu, na przeciw przeciwnościom losu.
     Jak zwykle odrobinę zboczyłam z tematu, bo nie powinnam się rozwodzić nad przyszłością, tylko zerknąć wstecz, i to właśnie teraz zrobię. ☺


czwartek, 28 grudnia 2017

MIŁOŚĆ, KTÓRA PRZEŁAMAŁA ŚWIAT, Emily Henry

Tytuł: Miłość, która przełamała świat
Tytuł oryginału: The Love That Split the World
Liczba stron: 415
Wydawnictwo: YA!

Natalie Cleary znaczącą część swojego życia spędza w Kentucky, skąd los i czas nieubłaganie chcą ją wypędzić na studia do innego miasta.
Ostatnie lato w rodzinnym domu, którego dni z początku toczą się spokojnie, jest znaczącym przełomem w życiu dziewczyny, ponieważ zaczyna ona zauważać różne dziwne rzeczy... Czy to możliwe, aby budynki zmieniały swój kształt, przedmioty kolory, a niektóre miejsca po prostu rozmywały się w powietrzu zamieniając na coś innego?
To niestety nie jedyne niepokojące Nat problemy - pewnej nocy przychodzi do niej tajemnicza postać, która przekazuje jej wiadomość: „Masz tylko trzy miesiące, aby go uratować”. O co i o kogo może chodzić? Czy nowo poznany chłopak, Beau, ma z tym wszystkim coś wspólnego?